Powiększenie

Jedyny taki żołnierz

red.

Perkusista z Nigerii, który walczył o Warszawę

W pierwszych dniach września 1939 r. do punktu werbunkowego przy ulicy Marszałkowskiej 72 w Warszawie zgłosił się czarnoskóry mężczyzna. Nazywał się August Browne i był muzykiem jazzowym od lat mieszkającym w Polsce. Mimo że miał brytyjski paszport i mógł łatwo opuścić kraj przed wybuchem wojny, pozostał w stolicy. Chciał walczyć w jej obronie.

Punkt werbunkowy został założony przez Grupę Operacyjną generała Stanisława Bułak-Bałachowicza, legendarnego partyzanta z czasów wojny polsko-bolszewickiej. Mimo ukończonych 56 lat generał otrzymał zgodę dowódcy obrony Warszawy na stworzenie grupy partyzanckiej, walczącej z wojskami niemieckimi na przedpolach miasta. Bazą oddziału był położony na wschód od stolicy Okuniew, ale w jej centrum „bałachowcy" oprócz punktu werbunkowego mieli też składy zaopatrzenia i własny szpital.  Ponieważ do jednostki zaciągnęło się wielu emigrantów, miała ona charakter niemal legii cudzoziemskiej. Największą grupę stanowili dawni podwładni Bułak-Bałachowicza z czasów walk z bolszewikami: Rosjanie, Białorusini i Kozacy, tacy jak Michaił Jakowlew – do wybuchu wojny wydawca pism dla mieszkającej w Warszawie „białej" emigracji rosyjskiej. Do oddziału wstąpiła też grupa czeskich i słowackich żołnierzy oraz kilku francuskich ochotników. Oddział uzupełniali słuchacze podchorążówek, harcerze, członkowie organizacji paramilitarnych i zwykli mieszkańcy. Szefem sztabu był 43-letni wówczas Mieczysław Szczudłowski, słynny lotnik myśliwski z czasów wojny polsko-bolszewickiej.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Mroczna zagadka

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat

Felietony

Paweł Łepkowski

Mroczna zagadka

AN

Fotoplastykon - Dziewczyna o smutnych oczach

Zanim Jadwiga Andrzejewska po raz pierwszy stanęła przed kamerą, zadebiutowała w teatrze. Miała wówczas 17 lat. Zwykle krytyczny Antoni Słonimski porównał jej sceniczną ekspresję do aktorstwa Lillian Gish, gwiazdy amerykańskiego kina niemego. Przed wojną Jadzia zagrała w kilkunastu filmach, jednak w większości były to role drugoplanowe. I cóż z tego, chciałoby się rzec, skoro po latach, gdy ogląda się ocalałe kopie, to właśnie Andrzejewska przyciąga uwagę widzów jak mało kto. Z jednej strony, jej naznaczone egzystencjalnym bólem spojrzenie predestynowało ją do ról dramatycznych. Z drugiej, dziewczęca uroda i perlisty śmiech dawały jej szansę w kabarecie i komedii. W efekcie grane przez nią bohaterki nigdy nie były oczywiste, zaskakiwały skalą emocji i ekspresji. I choć nie została gwiazdą formatu Jadwigi Smosarskiej czy Elżbiety Barszczewskiej, to publiczność ją uwielbiała, a krytycy doceniali. Więcej o artystycznej drodze „dziewczyny o smutnych oczach” na s. 76.