Korzenie nowoczesności

źródło: Wikipedia
Wikipedia

Koniec snu o potędze

Lech Mażewski

Polacy nie wykorzystali faktu, że carskim zarządcom zależało na zachowaniu odrębności Kongresówki

Rzadko dostrzega się w Polsce, iż w okresie formalnego istnienia Królestwa Polskiego, a więc od momentu powstania w 1815 r. do śmierci ostatniego namiestnika gen. Teodora Berga w 
1874 r., co najmniej trzech wielkorządców w Warszawie podejmowało działania w obronie jego istnienia. Pierwszym z nich był wielki książę Konstanty Pawłowicz, a następni dwaj to namiestnicy: feldmarszałek Iwan Paskiewicz oraz wspomniany już gen. Berg. Rzecz jasna, nie kierował nimi polski patriotyzm czy dobro Królestwa Polskiego, a interes własny powiązany z dobrem Cesarstwa Rosyjskiego.

Wicekról Konstanty

W rozkazie dziennym do wojska polskiego wydanym 1 stycznia 1826 r., wielki książę Konstanty pisał: „wyznać wam muszę, że zmarły brat mój, był wielkim waszym przyjacielem i dużo dobrego o was mi mówił, ale co prawda to, że ja często bardzo przeciwnego byłem zdania, teraz zaś przyznaję, że brat mój miał słuszność, a ja nie; bo Polacy są dobrym narodem”. W tym samym czasie, odmawiając przyjęcia korony carskiej, cesarzewicz mówił o Rosjanach: „Je ne veux pas regner sur cette nation assassine” (Nie chcę panować na tym narodem morderców). Wielki książę kochał Polaków „po swojemu”, nie godził w nasze „poczucie narodowe” ani nie próbował nas wynaradawiać, a jednak z pewnością nie wyobrażał sobie oddzielenia Polski od Rosji. Pragnął istnienia poszerzonego Królestwa Polskiego, połączonego jednak z cesarstwem osobą monarchy; konstytucja nie miała w nim odgrywać istotnej roli, co nie znaczy, że musiała być zniesiona.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Wojna, której zabrakło

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat

Felietony

Paweł Łepkowski

Wojna, której zabrakło

FOTOPLASTYKON - „Dodek”, czyli warszawski cwaniak

Adolf Dymsza przed wojną należał do najjaśniejszych (i najzabawniejszych) gwiazd kina oraz scen kabaretowo-rewiowych II RP. Bezsprzecznie zasłużył na miano „króla polskiej komedii”, a to za sprawą wykreowanej przez siebie postaci „Dodka”, warszawskiego cwaniaka o smutnym spojrzeniu, na wzór Charliego Chaplina czy Bustera Keatona. Niezastąpiony był m.in. w „ABC miłości”, „Dodku na froncie” czy „Sportowcu mimo woli”. Ciekawy duet stworzył z Eugeniuszem Bodo w „Pawle i Gawle” oraz „Robercie i Bertrandzie”. Przed wybuchem wojny aktor uwielbiał jazdę samochodem, zimą „wyskakiwał” na narty, a latem chętnie grał w piłkę nożną. Mało kto wie, że Adolf Dymsza w czasie niemieckiej okupacji przez pół roku ukrywał w swym domu Mieczysława L. Kittaya, znanego iluzjonistę żydowskiego pochodzenia. Ale także wtedy aktor występował w tzw. jawnych teatrach, za co po wyzwoleniu sąd koleżeński ZASP ukarał go pięcioletnim zakazem grania na warszawskich scenach, co odcisnęło swe piętno na dalszych losach przedwojennego „króla polskiej komedii”. Więcej o życiu Adolfa Dymszy i jego zawodowych sukcesach czytaj na s. 84.