Felietony

Głupota czy prowokacja?

Jan Piński

Już 6 na 10 Polaków uważa, że dobrze się stało, iż doszło do powstania warszawskiego. Zdrowy rozsądek i sprzeciw wobec głupoty zachowuje tylko co piąty Polak, a liczba ta z roku na rok spada. Propaganda tej tragedii i klęski, z jaką mamy do czynienia od blisko dekady, ogłupia społeczeństwo.

Skutkiem powstania była anihilacja polskiej elity i najważniejszego ośrodka myśli i kultury, jakim była stolica. Życie straciło 16 tys. tysięcy żołnierzy i około 200 tys. cywilów. „Paryż Północy”, jak nazywano Warszawę, przestał istnieć. Militarnymi zwycięzcami powstania byli Niemcy, politycznymi – Sowieci, którzy nie musieli walczyć z polską elitą, gdyż w dużej części została zlikwidowana. „Stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność” – mówił do żołnierzy gen. Władysław Anders już październiku 1944 r. Skoro jest zbrodnia, powinna nastąpić również kara. Jest przykrym żartem historii, że odpowiedzialni za wybuch powstania oraz zagładę Warszawy i jej mieszkańców mają dziś w niej swoje ulice, pomniki, place. Wymieńmy tylko najważniejszych: komendant główny Armii Krajowej gen. Tadeusz Bór-Komorowski, oficerowie Komendy Głównej AK – generałowie Leopold Okulicki ps. „Kobra” i Tadeusz Pełczyński ps. „Grzegorz”, płk Antoni Chruściel ps. „Monter”, dowódca Okręgu Warszawskiego AK, szef Biura Informacji i Propagandy płk Jan Rzepecki. 
Wbrew posiadanym informacjom, wykształceniu i sztuce wojennej parli oni z całą mocą do wywołania powstania, które musiało się skończyć hekatombą. Co więcej, do chwycenia za broń prowokował nas śmiertelny wróg – Sowieci. Już to powinno dać do myślenia. Zresztą udział sowieckich agentów w wywołaniu powstania jest na razie tematem skrzętnie omijanym przez badaczy historycznych, bo boją się oni oskarżeń o szarganie narodowych świętości. 
Cała piątka decydentów przeżyła powstanie i nie poniosła żadnych konsekwencji swojej decyzji ani sama nie wyciągnęła ich wobec siebie. Życie stracił w sowieckim więzieniu tylko Leopold Okulicki, ale był to skutek jego innej „genialnej” decyzji – udania się wraz z 15 przedstawicielami podziemnej Polski na spotkanie z sowiecką bezpieką, z którą chcieli negocjować. Będąc Polakiem, po latach trudno się nie wstydzić, że polska elita polityczno-wojskowa, znając prawdę o prawdziwych sprawcach zbrodni katyńskiej, ochoczo zamierzała negocjować z nimi swój udział w zarządzaniu zajętą przez Armię Czerwoną Polską. 
Świętując bohaterstwo żołnierzy i warszawiaków, należy wyraźnie potępić i choćby symbolicznie osądzić twórców największej katastrofy w historii Polski. Gen. Okulicki działał wbrew rozkazom naczelnego wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego, który polecił mu dopilnować, aby w Warszawie nie było powstania. Degradacja byłaby surową, ale sprawiedliwą karą. Sama dyskusja na ten temat miałaby ozdrowieńczy wpływ na polskie umysły. 
Nie było bowiem równie krwawego i bezsensownego wydarzenia w całych naszych dziejach. O ile idiotyczna koncepcja akcji „Burza”, czyli wspierania wkraczających do Polski Sowietów w walce z Niemcami, miała jakieś polityczne uzasadnienie w naciskach „sojuszników” czy naiwności, o tyle powstanie warszawskie nie spełnia żadnych kryteriów. 
Historia jest nauczycielką życia – mawiali Rzymianie. Ale tylko wtedy, gdy uczciwie wyciąga się z niej wnioski. Bezsens decyzji o powstaniu najlepiej punktował nasz współczesny Stańczyk, Stefan Kisielewski, który zadawał twórcom powstania warszawskiego wciąż to samo pytanie. „Czy dziś, wiedząc, czym zakończyło się powstanie, podjęlibyście tę samą decyzję jeszcze raz?”. 

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Mroczna zagadka

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat

Felietony

AN

Fotoplastykon - Dziewczyna o smutnych oczach

Zanim Jadwiga Andrzejewska po raz pierwszy stanęła przed kamerą, zadebiutowała w teatrze. Miała wówczas 17 lat. Zwykle krytyczny Antoni Słonimski porównał jej sceniczną ekspresję do aktorstwa Lillian Gish, gwiazdy amerykańskiego kina niemego. Przed wojną Jadzia zagrała w kilkunastu filmach, jednak w większości były to role drugoplanowe. I cóż z tego, chciałoby się rzec, skoro po latach, gdy ogląda się ocalałe kopie, to właśnie Andrzejewska przyciąga uwagę widzów jak mało kto. Z jednej strony, jej naznaczone egzystencjalnym bólem spojrzenie predestynowało ją do ról dramatycznych. Z drugiej, dziewczęca uroda i perlisty śmiech dawały jej szansę w kabarecie i komedii. W efekcie grane przez nią bohaterki nigdy nie były oczywiste, zaskakiwały skalą emocji i ekspresji. I choć nie została gwiazdą formatu Jadwigi Smosarskiej czy Elżbiety Barszczewskiej, to publiczność ją uwielbiała, a krytycy doceniali. Więcej o artystycznej drodze „dziewczyny o smutnych oczach” na s. 76.

Piotr Bożejewicz

Gambit Balfoura

Deklaracja Balfoura, czyli brytyjska obietnica ustanowienia „narodowego domu” dla Żydów, zaowocowała utworzeniem Mandatu Palestyny pod zarządem Wielkiej Brytanii