Felietony

Mussolini, postać tragiczna

Paweł Łepkowski

W tym roku minie 95 lat od czasu, kiedy Benito Mussolini poprowadził swoich zwolenników na Rzym. Ta rocznica jest okazją, aby zastanowić się nad osobowością tego człowieka. W mojej opinii był postacią tragiczną. Większość historyków oburzy się na takie słowa, podkreślając, że był przede wszystkim brutalnym i bezwzględnym satrapą, który szedł do władzy po trupach. Bądźmy jednak uczciwi wobec prawdy historycznej. Mussolini – niezależnie od tego, jak dzisiaj portretuje go historiografia zachodnia – nie odpowiadał za horror II wojny światowej i ludobójstwo dokonane przez niemieckich sojuszników Włoch.

Należy jednak podkreślić, że dzisiaj zostałby oskarżony za zbrodnie, jakich dopuścili się Włosi choćby w Libii, gdzie na polecenia Duce marszałek Rodolfo Graziani rozkazał użyć gazów bojowych przeciw ludności cywilnej. Włosi do dzisiaj boją się rozliczenia swojej faszystowskiej przeszłości. Jedynie historyk Angelo Del Boca zdobył się w 2005 r. na napisanie książki „Italiani, brava gente” („Włosi, dobrzy ludzie”), w której szczegółowo opisał przestępstwa wojenne swoich rodaków w Etiopii, Libii i Jugosławii. „Włoch znajdzie zawsze usprawiedliwienie swoich win – pisał Del Boca. – Mówimy o sobie, że jesteśmy szlachetnym, wielkodusznym narodem złożonym z dobrych ludzi. Ale w czasach faszyzmu pokazaliśmy, że jesteśmy narodem okrutnym. Młodzi Włosi i ojcowie rodzin popełnili okropne zbrodnie w imię ideologii albo na rozkaz przełożonych. Gdy mówi się »zbrodniarze wojenni«, zawsze myślimy o Niemcach, a nigdy o naszych rodakach, którzy mają na sumieniu potworności, ale praktycznie nigdy nie ponieśli za to kary”.

W ciągu zaledwie trzech miesięcy na przełomie roku 1935 i 1936 włoskie samoloty zrzuciły w Etiopii 972 bomby zawierające 272 tony gazu musztardowego. Nawet Hitler nie zdecydował się na zastosowanie broni chemicznej na frontach II wojny światowej. Niewielkim usprawiedliwieniem dla Mussoliniego jest fakt, że większość rozkazów nakazujących użycie bojowych środków trujących w Etiopii wydał marszałek Pietro Badoglio, którego dzisiaj gloryfikuje się za odsunięcie Mussoliniego od władzy w lipcu 1943 r. i wypowiedzenie wojny III Rzeszy 13 października tego samego roku.

Europejska lewica jednoznacznie potępia Mussoliniego i często posługuje się terminem „faszyzm” w odniesieniu do wszelkich przejawów nacjonalizmu. Ale czy słusznie? Kompletnym nieporozumieniem jest porównywanie zbrodniczej niemieckiej ideologii narodowosocjalistycznej do włoskiego faszyzmu.

Rózgi liktorskie, najważniejszy symbol włoskich faszystów, można dzisiaj spotkać w wielu ważnych miejscach na świecie, m.in. w sali plenarnej amerykańskiej Izby Reprezentantów czy na monumencie Lincolna w Waszyngtonie, a w Polsce m.in. na frontonie gmachu Urzędu Wojewódzkiego i Sejmu Śląskiego w Katowicach. Należą do tych starożytnych symboli, które nie budzą u nas takiego wstrętu jak zbezczeszczone przez hitlerowców pozdrowienie rzymskie czy swastyka, której nazwa pochodzi od sanskryckiego słowa „svasti”, czyli „powodzenie”. Dzisiaj jest ona kojarzona wyłącznie ze zbrodniczą ideologią hitlerowską, ale jeszcze do 1939 r. była chociażby talizmanem na Podhalu, nazywanym ,,krzyżem niespodziankowym”.

Los tego symbolu jest podobny do losu Benita Mussoliniego, uznawanego powszechnie za prekursora Hitlera, który poprzez przystąpienie do wojny po stronie III Rzeszy przyczynił się do największej tragedii w dziejach świata. W rzeczywistości Mussolini długo się wahał, zanim wypowiedział wojnę Wielkiej Brytanii i Francji. Dopiero brawurowe postępy wojsk niemieckich w Holandii i Belgii przekonały go, że Europa kontynentalna jest skazana na niemiecką dominację.

Jeszcze 16 maja 1940 r. był w głębokiej rozterce, kiedy czytał list od swojego dawnego przyjaciela, brytyjskiego premiera Winstona Churchilla, który błagał go o zachowanie neutralności Włoch: „Od wieków ponad wszystkimi głosami rozlega się to wołanie, aby wspólnie spadkobiercy łacińskiej i chrześcijańskiej cywilizacji nie stawali przeciw sobie do śmiertelnej walki. Niech Pan usłucha tego, zaklinam Pana z całym szacunkiem i honorem, zanim rozlegnie się sygnał straszliwy”. Niestety, na własną zgubę i swojego narodu Mussolini nie posłuchał

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Wojna, której zabrakło

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat

Felietony

BOGUSŁAW CHRABOTA

Dwaj na cokołach

Pomniki mają tendencję do uwznioślania nawet najgłupszych idei. Z błaznów i zbrodniarzy potrafią robić świętych

Dwaj na cokołach

Pomniki mają tendencję do uwznioślania nawet najgłupszych idei. Z błaznów i zbrodniarzy potrafią robić świętych

Chińska hiszpanka z Ameryki

W czasie wojny zwykły czytelnik gazet więcej wiedział o epidemii grypy w Hiszpanii niż we własnym mieście, bo tylko w państwach neutralnych cenzura nie wydzielała informacji

Humor

FOTOPLASTYKON - „Dodek”, czyli warszawski cwaniak

Adolf Dymsza przed wojną należał do najjaśniejszych (i najzabawniejszych) gwiazd kina oraz scen kabaretowo-rewiowych II RP. Bezsprzecznie zasłużył na miano „króla polskiej komedii”, a to za sprawą wykreowanej przez siebie postaci „Dodka”, warszawskiego cwaniaka o smutnym spojrzeniu, na wzór Charliego Chaplina czy Bustera Keatona. Niezastąpiony był m.in. w „ABC miłości”, „Dodku na froncie” czy „Sportowcu mimo woli”. Ciekawy duet stworzył z Eugeniuszem Bodo w „Pawle i Gawle” oraz „Robercie i Bertrandzie”. Przed wybuchem wojny aktor uwielbiał jazdę samochodem, zimą „wyskakiwał” na narty, a latem chętnie grał w piłkę nożną. Mało kto wie, że Adolf Dymsza w czasie niemieckiej okupacji przez pół roku ukrywał w swym domu Mieczysława L. Kittaya, znanego iluzjonistę żydowskiego pochodzenia. Ale także wtedy aktor występował w tzw. jawnych teatrach, za co po wyzwoleniu sąd koleżeński ZASP ukarał go pięcioletnim zakazem grania na warszawskich scenach, co odcisnęło swe piętno na dalszych losach przedwojennego „króla polskiej komedii”. Więcej o życiu Adolfa Dymszy i jego zawodowych sukcesach czytaj na s. 84.