Powiększenie

źródło: SHUTTERSTOCK

Frankenstein z Bytomia

Malwina Użarowska

Zabijał, bo w ten sposób zaspokajał popęd płciowy. Gdy widział unurzane we krwi nagie zwłoki, osiągał satysfakcję

"Jedno zawsze wiedziałem i wiem – napisał Joachim Knychała w swoim pamiętniku – że pod wpływem widoku krwi moich ofiar zawsze pastwiłem się w brutalny sposób nad nimi. Nie wystarczało mi to, że zabiłem, musiałem jeszcze odczuć zadowolenie z tego, że jeszcze przed chwilą stało to na nogach, a teraz leży, leży u moich stóp i robię, co chcę”.
Do pierwszego zabójstwa doszło trzy lata po aresztowaniu Zdzisława Marchwickiego, wampira z Zagłębia. Głośny proces seryjnego mordercy trwał do 1977 r. i przyciągnął tłumy. Każdy chciał zobaczyć skruchę i przyznanie się do winy człowieka, który przez lata terroryzował kobiety w okolicy. Jednak oskarżenie Zdzisława Marchwickiego budziło wiele wątpliwości nawet wśród funkcjonariuszy prowadzących śledztwo. Po latach na podstawie wielu nowych informacji można przypuszczać, że skazany za zbrodnie mężczyzna w rzeczywistości był niewinny. Wtedy jednak milicja znajdowała się pod silnym naciskiem, by znaleźć kogoś, kogo da się osądzić i skazać.
Spośród wielu osób, które przychodziły do sądu, jedna była wiedziona czymś więcej niż tylko ciekawością. Joachim Knychała w chwili aresztowania Zdzisława Marchwickiego miał 20 lat. Proces seryjnego mordercy był dla niego inspiracją, co chętnie podkreślał później w swoich pamiętnikach. Morderstwa rzekomo dokonane przez wampira z Zagłębia były zadziwiająco podobne do napadów, które zaczęły się w 1974 r., gdy Marchwicki siedział już w więzieniu. 
Gdy funkcjonariusze milicji zorientowali się, że mają do czynienia z kolejnym seryjnym zabójcą, nie chcieli tego przyjąć do wiadomości. Poszukiwanie poprzedniego mordercy zajęło im lata, a rzetelność dochodzenia pozostawiała wiele do życzenia. Jeden ze śledczych zajmujących się nowymi morderstwami podsumował: „Zdzichu czeka na wykonanie wyroku, a wampir działa dalej”. 
Wina Joachima Knychały nie budziła takich wątpliwości. Szczegółowo i chętnie opowiadał o swoich zbrodniach. Jedyne, czego się w pewien sposób wstydził, to seksualny motyw napaści na kobiety. Chciał być sławny i zauważony. Martwił się, że jego wyjątkowy psychopatyczny umysł nie został poddany badaniom. W przeciwieństwie do Zdzisława Marchwickiego podawał w śledztwie szczegóły, które mogły być znane jedynie prawdziwemu mordercy i milicji. 
Siekiera pewniejsza niż młotek
3 listopada 1974 r. w Bytomiu 21-letnia Maria Borucka wracała do domu, a po drodze towarzyszyło jej nieodparte wrażenie, że ktoś za nią podąża. Gdy weszła do klatki schodowej przy ulicy Wrocławskiej, przypuszczenie stało się pewnością. Poczuła mocne uderzenie w głowę. Na szczęście mogła krzyczeć. Napastnik przestraszył się i uciekł. Przeżyła dzięki przypadkowi – uratował ją gruby beret, który zamortyzował cios. Niestety wszystko wydarzyło się bardzo szybko i nie potrafiła podać rysopisu mężczyzny, który ją zaatakował. Powiedziała jedynie, że był młody, wysoki i sprawny fizycznie. 
Po tym wydarzeniu Joachim Knychała postanowił, że jeśli kiedykolwiek będzie chciał powtórzyć napaść, zabierze ze sobą pewniejsze narzędzie niż młotek. Rzeczywiście, od tego czasu używał swojej ulubionej siekierki. 20 września 1975 r. w Piekarach Śląskich znaleziono nieprzytomną 23-letnią Stefanię M. Ktoś rozbił jej głowę tępym narzędziem, obnażył i wykorzystał seksualnie. Wcześniej na imprezie pokłóciła się ze swoim chłopakiem i wybiegła z domu, by udać się do mieszkających w pobliżu rodziców. Pijany chłopak wybiegł za nią. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, był cios wymierzony Stefanii, po czym urwał mu się film. Zarówno on, jak i milicja uznali, że zamordował kochankę. Został skazany na 15 lat więzienia. Sprawę chciano zamknąć jak najszybciej, dlatego nikt nie zwrócił uwagi na to, że zbrodnia w afekcie przebiega w inny sposób – nie dochodzi do gwałtu na nieprzytomnej bądź martwej ofierze. 
Joachim Knychała po latach opisał w pamiętniku przebieg wydarzeń z tamtego wieczoru. Uzbrojony w siekierkę krążył po okolicy, szukając ofiary. Stefania M. sama podeszła do niego i poprosiła, by odprowadził ją do domu rodziców, ponieważ pokłóciła się ze swoim chłopakiem. Ogłuszył ją, zawlókł w krzaki, rozebrał i zgwałcił. Następnego dnia przechodnie znaleźli nieprzytomną, ale jeszcze żywą dziewczynę. Wkrótce jednak zmarła na skutek odniesionych ran. Knychała wspominał później w pamiętniku, że zrobił to, bo kobieta składała mu nieprzyzwoite propozycje.
Po tej zbrodni zmienił rejon działania. Przeniósł się do Bytomia. Polował głównie w trzech rejonach – przy parku Świerczewskiego, ulicy Odrzańskiej i Dworskiej oraz Siemianowickiej i placu Sikorskiego. Krążył i obserwował, ale nie udało mu się dokonać żadnego napadu. Namierzane przez niego kobiety albo skręcały w ruchliwą ulicę, albo spotykały się z kimś znajomym, albo pojawiały się inne okoliczności, które uniemożliwiały mu zrealizowanie planu. Joachim był coraz bardziej zniecierpliwiony i wściekły. W końcu 10 kwietnia 1976 r. tuż przed północą Halina M. wracała od matki do domu przy ulicy Arki Bożka. Na klatce schodowej przy spisie lokatorów stał odwrócony tyłem jakiś mężczyzna. Kobieta spodziewała się, że za chwilę zapyta ją o któregoś z lokatorów. Jednak tylko spadł na nią silny cios. Zasłoniła twarz rękami i dzięki temu zamortyzowała dwa kolejne uderzenia. Jej krzyk spłoszył napastnika. Niestety, nie potrafiła później podać jego rysopisu.
Tymczasem Knychała planował kolejne napaści. 6 maja 1976 r. wcale nie zamierzał nikogo atakować, nawet nie zabrał siekierki. Spędził dzień w ogródku działkowym, do którego zaprosił kolegów na piwo. W drodze powrotnej pijany zasnął w tramwaju. Zamiast wysiąść w Brzozowicach-Kamieniu, dojechał na plac Andrzeja w Katowicach. Kiedy na ulicy Karola Miarki oczekiwał na przyjazd tramwaju numer 6, trzech nastolatków próbowało go obrabować. Podczas szamotaniny zabrał im metalowy pręt i wsiadł do niemal pustego tramwaju. Jechała nim atrakcyjna brunetka. Knychała postanowił nie przegapić takiej okazji i wysiadł za nią. Po przejściu kilkunastu metrów zaatakował kobietę świeżo zdobytym narzędziem zbrodni i wylał na nią całą swoją wściekłość. Po pierwszym uderzeniu kobieta straciła przytomność, jednak Knychała bił ją bez opamiętania. Kilka lat później w rozmowie ze śledczymi powiedział: „Waliłem, aż usłyszałem trzask łamanej czaszki”. Gdy ochłonął i zobaczył zmasakrowane zwłoki ofiary, ten widok na chwilę go przeraził, więc nakrył jej twarz bluzką. 
Zamordowaną kobietą okazała się mieszkanka Chorzowa, 32-letnia Mirosława Sarnowska, która wracała z odwołanych wykładów na Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Kobieta poszła na kawę do pobliskiej restauracji i do znajomych. To oni ostatni widzieli ją żywą. Zginęła 50 metrów od swojego mieszkania. Dziwnym zbiegiem okoliczności była powiązana ze śledztwem w sprawie Zdzisława Marchwickiego. To ona wskazała go jako winnego śmierci dr Jadwigi Kuci, ostatniej ofiary wampira z Zagłębia. 
Wszystkich napaści dokonano w ten sam sposób, ale milicja nadal nie łączyła bądź nie chciała łączyć tych spraw. Marchwicki został osądzony i czekał na wykonanie wyroku. Kobiety zaczęły ponownie wychodzić wieczorami z domów. Emocje opadły. Władze były zadowolone z zamknięcia sprawy tajemniczych zabójstw na Śląsku. Uściski rąk zostały rozdane. Chorobliwie ambitny ppłk Jerzy Gruba, który doprowadził do skazania Zdzisława Marchwickiego, po zamknięciu sprawy otrzymał wyższy stopień i stanowisko komendanta wojewódzkiego MO. Nikomu nie był potrzebny kolejny wampir. 
Kryptonim „Szóstka
Spokój nie trwał zbyt długo. Plotki zaczęły krążyć z ust do ust, a pogłoski, że skazano nie tego mordercę, wywołały wśród kobiet kolejną falę strachu. Następne zwłoki znaleziono 30 października 1976 r. przy komisariacie milicji w Bytomiu. Do klatki schodowej przy ul. Rostka weszła mieszkająca tam Teresa Ryms. Gdy otwierała drzwi do swojego mieszkania, otrzymała silny cios w tył głowy. Napastnik zawlókł ją do piwnicy i wrócił, by pozbierać rozsypane rzeczy ofiary. Mimo wściekłego szczekania psa sąsiadów nikt nie zainteresował się hałasem, więc Knychała wrócił do piwnicy i dał upust swoim fantazjom seksualnym. Zwłoki Teresy znalazł następnego dnia sąsiad i zaalarmował milicję. Wtedy funkcjonariusze zorientowali się, że jest to kolejne morderstwo dokonane przez tę samą osobę. Ofiara miała roztrzaskany tył głowy, była obnażona, zmasakrowana i wykorzystana seksualnie. 
Nie można było już dłużej udawać, że nic się nie dzieje. W okolicy pojawił się kolejny seryjny morderca. Grupa operacyjna, którą powołano w celu schwytania zabójcy, przyjęła kryptonim „Szóstka”, ponieważ napadów dokonywano w pobliżu linii tramwajowej nr 6. W skład zespołu weszli doświadczeni śledczy pracujący w grupie „Anna”, zajmującej się wcześniej sprawą Marchwickiego. Otrzymali wytyczne, żeby nie nagłaśniać sprawy, bo dopiero co stracono wampira z Zagłębia. – Korzystając z doświadczeń z Marchwickim, opracowano plan działania, system blokad, zasadzek – mówi Roman Hula, ówczesny podporucznik, któremu udało się rozpracować sprawę Joachima Knychały. – Zdawaliśmy sobie sprawę, że mężczyzna może być przykładnym mężem i ojcem.
Ustalono nazwiska stałych pasażerów linii tramwajowej nr 6, przesłuchano świadków, ale bez rezultatów. Za to wampir był w bardzo dobrej formie. Krótko po zabójstwie Teresy Ryms kolejna kobieta, Helena H., została zaatakowana na swojej klatce schodowej. Po otrzymaniu ciosu zaczęła krzyczeć, co zaalarmowało sąsiadów i wypłoszyło napastnika. 
Knychała krążył niezaspokojony, a milicja nie miała wiarygodnego opisu mordercy. Otrzymała go dopiero po kolejnym ataku 20 stycznia 1977 r., kiedy to wieczorem na placu Hutników w Chorzowie wsiadła do tramwaju 30-letnia Barbara Rzepka, mieszkanka Siemianowic Śląskich. Od tego momentu aż do domu czuła na sobie czyjś wzrok. W końcu przy ulicy Leśnej podszedł do niej jakiś mężczyzna i zapytał o godzinę. Gdy dochodziła do domu przy Kasztanowej, zaczepił ją po raz drugi. Tym razem pytał o adres pobliskiego bloku. Przez chwilę przypuszczała, że ją podrywa. Gdy jednak weszła do klatki schodowej, otrzymała mocny cios w potylicę. Na szczęście na krzyk atakowanej kobiety zareagowali sąsiedzi. Dzięki jej zeznaniom sporządzono portret pamięciowy, a ekspert z komendy wojewódzkiej Wiesław Tomaszek wykonał manekina, który – jak się później okazało – dość wiernie oddawał wygląd napastnika: bujne, długie włosy i kraciasta budrysówka. Śledztwo zataczało coraz szersze kręgi, rozsyłano portrety pamięciowe do wszystkich okolicznych jednostek milicji i obwożono manekina. Po wampirze nie było jednak ani śladu.
Knychała, jak powiedział później w śledztwie, po nieudanym ataku na Barbarę postanowił zrobić sobie przerwę. Zajął się swoją rodziną, a pod koniec roku urodziła mu się długo wyczekiwana córka. Przypomniał o sobie 8 lutego 1978 r. Pijany zaatakował 48-letnią Marię S., dozorczynię jednego z domów przy ul. Witczaka w Bytomiu. W mroźny wieczór Knychała zszedł do przypadkowej kotłowni, gdzie zziębnięty poprosił o herbatę. Palacz zgodził się pomóc gościowi w potrzebie, a ten zrewanżował się półlitrówką wódki. Do kotłowni przyszła dozorczyni i przyłączyła się do zabawy, po czym zaprosiła Joachima do siebie. Tam zaatakował ją scyzorykiem. Zdołała się jednak wyrwać. W pokoju obok spały jej dwie córki. Później w śledztwie tak skomentował tę sytuację: „Szkoda, że nie miałem przy sobie siekiery. Udałoby się zabić aż trzy osoby jednego wieczoru”. „Szóstka” nie zajęła się tą sprawą z powodu zupełnie innego modus operandi. 
Zabójca ma żelazne alibi
23 czerwca 1979 r. w Piekarach Śląskich 10-letnia Halina S. i 11-letnia Kasia W. pojechały rowerami na jagody. Przed północą przerażone matki zgłosiły ich zaginięcie. Poszukiwania trwały do rana następnego dnia, gdy otrzymano informację o leżących w rowie, obnażonych do połowy dwóch dziewczynkach i porzuconych rowerach. Na miejscu okazało się, że jedna z nich jeszcze żyje. Z trudem uratowana Kasia przeżyła mimo 27 ciosów w głowę. 
W związku z tym zabójstwem i pod wpływem jego brutalności powołano specjalną grupę operacyjną pod kryptonim „Frankenstein”. Początkowo nie łączono tej sprawy z wampirem z Bytomia, ponieważ dziewczynka – gdy mogła już zeznawać – podała dokładny rysopis zupełnie innego napastnika. Okazało się jednak, że osobą wskazaną przez Kasię jest policjant, którego zobaczyła, kiedy pochylał się nad nią, by sprawdzić oznaki życia. Milicja nadal nie miała nic. Przez długi czas grupy „Szóstka” i „Frankenstein” działały osobno. W związku z takim samym modus operandi sprawcy zaproponowano, by te grupy połączyć. Płk Jerzy Gruba zareagował ostrym protestem: „Co? Chcecie nowego wampira stworzyć?”. Obawiał się, że ta sprawa może przyćmić jego sukces w ujęciu poprzedniego seryjnego mordercy.
W końcu w 1979 r. milicja miała przez chwilę sprawcę w ręku. Został zatrzymany, bo był bardzo podobny do portretu pamięciowego. Rozpoznała go również zaatakowana w Siemianowicach Śląskich Barbara Rzepka. Knychała miał jednak niepodważalne alibi – zaświadczenie z kopalni Andaluzja, że w dniach napadów był w pracy. Musiał zostać wypuszczony. Sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby funkcjonariusze zdawali sobie sprawę z nielegalnej praktyki stosowanej w kopalniach. Knychała, cieśla w kopalni, jako aktywista ZMS często brał nadgodziny. Gdy uskładała się ich odpowiednia liczba, dostawał dzień wolny, ale sztygar wpisywał jego obecność w pracy w zamian za dniówkę.
Stan wojenny wyhamował śledztwo. Milicja zajmowała się głównie sprawami politycznymi. Gdy ówczesny podinspektor Roman Hula z „Szóstki” zagadnął nieśmiało Grubę, dlaczego nic się nie dzieje w sprawie zabójstw, komendant go zgasił: „Co wy mi tu, Hula, o zabójstwach mówicie, jak nam się ustrój wali!”. Gruba był bardzo zajęty. Krótko później zaangażowany był głównie w problemy kopalni Wujek i prowadził śledztwo w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka. Ale i nie było nacisków, a morderstwa ustały. 
Zwrot akcji nastąpił w maju 1982 r., gdy Joachim Knychała zgłosił na milicji nieszczęśliwy wypadek. Twierdził, że spacerował po hałdach ze swoją szwagierką, 17-letnią Bogusławą Ludygą, gdy ta nagle się poślizgnęła, uderzyła głową o kamień i zginęła na miejscu. Milicja nie powiązała tej śmierci z zabójstwami sprzed lat. Wyglądało to na nieszczęśliwy wypadek. Jednak sekcja zwłok wykazała, że obrażenia głowy dziewczyny nie zgadzają się z relacją Joachima. Z pewnością musiała zostać uderzona celowo, a ślady spermy na jej bieliźnie świadczyły o tym, że po śmierci została wykorzystana seksualnie. 
Knychała został aresztowany. Ten nieśmiały, uroczy młody człowiek na początku przyznawał się jedynie do romansu ze szwagierką. Wariograf wykazał jednak coś niepokojącego. Prof. Jan Widacki, który prowadził badania, zauważył, że Knychała kłamie nie tylko w sprawie śmierci dziewczyny, ale też na pytanie, czy kiedykolwiek kogoś zabił, a potem na inne, dotyczące ofiar „Frankensteina”. Na początku nie przyznawał się do niczego, ale pod wpływem presji ze strony funkcjonariuszy zaczął w końcu zeznawać. Powiedział, że chciał zakończyć romans z Bogusią, ale dziewczyna zagroziła, że wszystko opowie siostrze. Postanowił więc przekonać ją, by tego nie robiła – raz na zawsze. Nie mógł się jednak powstrzymać od wykorzystania ofiary tak, jak to czynił wcześniej. 
Dwóch Achimów
Pobudki seryjnych morderców zawsze wydają się niezgłębioną tajemnicą. Zapytani o nie zwykle obarczają winą swoje dzieciństwo. Tak było również w przypadku Joachima Knychały. Urodził się 8 września 1952 r. w Bytomiu. Pochodził z mieszanego związku Polaka z Niemką. Małego Achimka wychowywała matka i despotyczna babka, która nigdy nie wybaczyła córce związku z Polakiem. Całą złość przelała na wnuka, biła go i karciła za najdrobniejsze przewinienia, nazywając „polskim bękartem”. Później szykanowała go również matka. Dzieci natomiast przezywały go „Szwabem”. W chłopaku narastała złość i frustracja. 
W wieku 18 lat został skazany na trzy lata za próbę gwałtu na koleżance. Jak twierdził, zarzut był nieprawdziwy i spowodowany zemstą dziewczyny. Śledczy przypuszczają, że w tym wypadku mógł mówić prawdę. W więzieniu potęgowała się w nim złość do kobiet i rozczarowanie. Po wyjściu na wolność zapisał się do technikum wieczorowego i wstąpił do PZPR. Ożenił się i dorobił dwójki dzieci. Otoczenie uważało go za przykładnego męża i ojca. Nie stwarzał problemów w pracy, był lubiany. Zwykły sąsiad i kolega.
W więzieniu, podobnie jak jego idol Marchwicki, zaczął pisać pamiętnik. Wynika z niego, że przepełniała go duma, pragnął być wyjątkowy i znany. „Chciałem być najlepszy we wszystkim, co po upływie kilku lat osiągnąłem, ponieważ dziś jestem uważany za jednego z większych morderców w latach powojennych” – pisał w nadziei, że zyski ze sprzedaży wspomnień zapewnią dobrobyt jego rodzinie. Martwił się o żonę i dzieci. Pisał do niej ciepłe i pełne czułości listy. Obiecywał, że wyjadą i zmienią nazwisko. Postanowił też sam opowiedzieć żonie o swoich zbrodniach. Nie chciał, żeby dowiedziała się tego na procesie lub z prasy. Zgodzono się na to pod warunkiem, że cała rozmowa będzie nadzorowana. Podczas swojej spowiedzi mówił tylko o morderstwach, wstydził się gwałtów i swoich zachowań seksualnych wobec ofiar. Żona nie mogła uwierzyć, ale nie płakała ani nie lamentowała. „Było nam dobrze ze sobą, Achim, coś ty narobił? Ty żeś zabijał? Jak to się mogło stać, przecież my razem, zgodnie, dorabialiśmy się od łyżki, jak to się stało? Że ja cię nie umiałam rozszyfrować, jak to możliwe?”. Na koniec powiedziała, że za napaść na dziewczynki powinien dostać karę śmierci. 
Było w nim, jak twierdził, dwóch Achimów. Ten, który mordował i pastwił się nad ofiarami, oraz ten, który kochał rodzinę i którego dręczyły wyrzuty sumienia z powodu napaści na dwie dziewczynki. Obaj zostali powieszeni 28 października 1985 r. w krakowskim więzieniu przy ul. Montelupich 7. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Akt oskarżenia obejmował pięć zabójstw i siedem usiłowań zabójstwa.

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Mroczna zagadka

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat