Felietony

Szwoleżerowie z antypodów

Piotr Bożejewicz

W 1917 r. wieści o końcu kawalerii wciąż zdawały się mocno przesadzone, lecz w dobie ciężkich karabinów maszynowych bezpowrotnie minęły czasy szarż spod Wiednia, Somosierry czy Waterloo

Choć jeszcze podczas kampanii wrześniowej polscy i niemieccy kawalerzyści potykali się na szable, to jazda już od dawna przywykła do roli mobilnej piechoty. Szarże konnicy wciąż się zdarzały w czasie  II wojny światowej, czego dowodzi sukces 1. Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii pod Borujskiem, ale przestały przesądzać o losach bitew. 
Za ostatni wyjątek, gdy szarża kawalerii zdecydowała o powodzeniu całej ofensywy, uchodzi bitwa o miasteczko Beer Szewa u południowych wrót Palestyny. Poszło o tureckie linie obronne, rozciągnięte na wschód od nadmorskiej Gazy, zagradzające drogę brytyjskiej ekspedycji z Egiptu do Jerozolimy i Syrii. Dla Brytyjczyków wszelako stawka była wyższa niż militarne zwycięstwo, bo walczyli o fizyczne przetrwanie.
Jeszcze przed nawiązaniem kontaktu bojowego z armią turecką brytyjska ofensywa z Synaju przebyła dziesiątki kilometrów bez dostępu do wody. Wprawdzie australijskie konie były wyjątkowo odporne na skwar i pragnienie, ale obroku i picia nie zaznały od wielu dni. Żołnierze również mieli w chlebakach tylko trochę surowej cebuli, po kawałku chleba i puszce konserw. Pozbawione roślin pustynne wzgórza nie  zapewniały ochrony przed upałem zwierzętom ani ludziom. Jedyne studnie w całej okolicy znajdowały się za murami miasteczka Beer Szewa, lecz broniło ich ponad 30 tys. ludzi, dziesiątki karabinów maszynowych, cztery baterie artylerii i dwa samoloty. Jeden turecki nalot lotniczy starczył, by zabić pół setki koni i kilkudziesięciu ludzi z australijskiej 3. Brygady Szwoleżerów.
Pięćdziesięciu tysiącom ludzi z brytyjskiego korpusu groziła zagłada, lecz tureckie linie obrony zdawały się niemożliwe do zdobycia. Wszystko zmierzało ku powtórce masakry z Gallipoli, którą aż za dobrze pamiętały z autopsji oddziały walczące po obu stronach frontu.
Z powodu dramatycznej sytuacji 31 października 1917 r. przed zachodem słońca Australijczycy dostali rozkaz zdobycia miasta za wszelką cenę. Ponieważ wypatrzono fragment tureckich okopów nieosłoniętych zasiekami z drutu kolczastego, postawiono na zapomnianą w zachodnich armiach szarżę kawalerii. Problem w tym, że aliancka jazda była już tylko „kawaleryjską piechotą” i z braku wyposażenia w lance i szable nie miała czym walczyć konno. Ponieważ karabiny były zbyt nieporęczne w galopie, szwoleżerom kazano chwycić w dłonie same bagnety, choć ostrza miały zaledwie 45 cm długości i zupełnie nie nadawały się do cięcia. 
Zaszczyt przeprowadzenia ataku przypadł 4. i 12. Pułkowi Lekkiej Jazdy – być może dlatego, że jeden z dowódców pamiętał szarże kawalerii z czasów wojny burskiej. Już trzy kilometry przed linią okopów konnica znalazła się pod ogniem tureckiej artylerii, szczęśliwie prędko uciszonej przez brytyjskie działa. Choć jazda galopowała wprost na dziewięć karabinów maszynowych, obronę zgubiło niezrozumienie sytuacji, bo tureccy i niemieccy oficerowie zbyt długo zwlekali z rozkazami otwarcia ognia. Czekali jednak, aż – zgodnie z obowiązującą taktyką kawalerii – szwoleżerowie zsiądą z koni i zaczną atakować piechotą. Karabiny odezwały się dopiero wtedy, gdy szarża dotarła kilkaset metrów od linii obronnych.
Pierwsze szeregi Australijczyków wprost z koni skoczyły w okopy, by stoczyć morderczą walkę na bagnety. Jednak główne siły przegalopowały nad głowami walczących i wpadły w wąskie uliczki Beer Szewy, trafiając w turecki potrzask. Nierówna walka w transzejach i w mieście trwała aż do nadejścia brytyjskiej piechoty z pomocą. Wprawdzie 4. Pułk Lekkiej Jazdy stracił prawie 40 ludzi i 70 koni, ale głównie wskutek walki w okopach, a nie karkołomnej szarży. Wraz z miastem Australijczycy zdobyli większość tureckich dział oraz magazyny pełne żywności i paszy dla zwierząt. Jednak Turcy zdążyli zniszczyć większość studni, więc do nadejścia jesiennych ulew brak wody był nadal dotkliwy. Niemniej brama do Jerozolimy została otwarta.
Choć szarża Australijczyków nie zakończyła historii kawalerii, była ostatnią, która rozstrzygnęła o powodzeniu całej operacji. Wszelako konnica jeszcze długo po Wielkiej Wojnie nie odeszła do lamusa, zwłaszcza na Wschodzie, żeby przypomnieć armie konne bolszewików, szykowane na podbój Europy. Także polska kawaleria nadal cieszyła się wielkim uznaniem, chociaż wbrew literackiej i filmowej legendzie była przeznaczona głównie do walki pieszej.
Zabawne jednak, że wobec wiekowych tradycji europejskiej jazdy bodaj ostatnią szarżę kawaleryjską przeprowadzili w Europie Amerykanie z 10. Dywizji Górskiej, ponosząc przy tym we Włoszech dotkliwą porażkę. 

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Wojna, której zabrakło

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat

Felietony

FOTOPLASTYKON - „Dodek”, czyli warszawski cwaniak

Adolf Dymsza przed wojną należał do najjaśniejszych (i najzabawniejszych) gwiazd kina oraz scen kabaretowo-rewiowych II RP. Bezsprzecznie zasłużył na miano „króla polskiej komedii”, a to za sprawą wykreowanej przez siebie postaci „Dodka”, warszawskiego cwaniaka o smutnym spojrzeniu, na wzór Charliego Chaplina czy Bustera Keatona. Niezastąpiony był m.in. w „ABC miłości”, „Dodku na froncie” czy „Sportowcu mimo woli”. Ciekawy duet stworzył z Eugeniuszem Bodo w „Pawle i Gawle” oraz „Robercie i Bertrandzie”. Przed wybuchem wojny aktor uwielbiał jazdę samochodem, zimą „wyskakiwał” na narty, a latem chętnie grał w piłkę nożną. Mało kto wie, że Adolf Dymsza w czasie niemieckiej okupacji przez pół roku ukrywał w swym domu Mieczysława L. Kittaya, znanego iluzjonistę żydowskiego pochodzenia. Ale także wtedy aktor występował w tzw. jawnych teatrach, za co po wyzwoleniu sąd koleżeński ZASP ukarał go pięcioletnim zakazem grania na warszawskich scenach, co odcisnęło swe piętno na dalszych losach przedwojennego „króla polskiej komedii”. Więcej o życiu Adolfa Dymszy i jego zawodowych sukcesach czytaj na s. 84.

Piotr Bożejewicz

Chińska hiszpanka z Ameryki

W czasie wojny zwykły czytelnik gazet więcej wiedział o epidemii grypy w Hiszpanii niż we własnym mieście, bo tylko w państwach neutralnych cenzura nie wydzielała informacji

Dwaj na cokołach

Pomniki mają tendencję do uwznioślania nawet najgłupszych idei. Z błaznów i zbrodniarzy potrafią robić świętych

Chińska hiszpanka z Ameryki

W czasie wojny zwykły czytelnik gazet więcej wiedział o epidemii grypy w Hiszpanii niż we własnym mieście, bo tylko w państwach neutralnych cenzura nie wydzielała informacji

Humor

FOTOPLASTYKON - „Dodek”, czyli warszawski cwaniak

Adolf Dymsza przed wojną należał do najjaśniejszych (i najzabawniejszych) gwiazd kina oraz scen kabaretowo-rewiowych II RP. Bezsprzecznie zasłużył na miano „króla polskiej komedii”, a to za sprawą wykreowanej przez siebie postaci „Dodka”, warszawskiego cwaniaka o smutnym spojrzeniu, na wzór Charliego Chaplina czy Bustera Keatona. Niezastąpiony był m.in. w „ABC miłości”, „Dodku na froncie” czy „Sportowcu mimo woli”. Ciekawy duet stworzył z Eugeniuszem Bodo w „Pawle i Gawle” oraz „Robercie i Bertrandzie”. Przed wybuchem wojny aktor uwielbiał jazdę samochodem, zimą „wyskakiwał” na narty, a latem chętnie grał w piłkę nożną. Mało kto wie, że Adolf Dymsza w czasie niemieckiej okupacji przez pół roku ukrywał w swym domu Mieczysława L. Kittaya, znanego iluzjonistę żydowskiego pochodzenia. Ale także wtedy aktor występował w tzw. jawnych teatrach, za co po wyzwoleniu sąd koleżeński ZASP ukarał go pięcioletnim zakazem grania na warszawskich scenach, co odcisnęło swe piętno na dalszych losach przedwojennego „króla polskiej komedii”. Więcej o życiu Adolfa Dymszy i jego zawodowych sukcesach czytaj na s. 84.