Felietony

Wojna i demokracja

Piotr Bożejewicz

Deklaracje w sprawach wojny, pieniędzy i śmierci trzeba składać bardzo ostrożnie, choćby się zdawało, że to zwykła retoryka


Kiedy we wrześniu 1914 r. premier Andrew Fisher obiecał Australijczykom wojnę „do ostatniego żołnierza i ostatniego szylinga”, nie sądził, że zobowiązanie przyjdzie wypełnić aż tak literalnie. Jeszcze większym zaskoczeniem było to, że wojenne ambicje rządu wyhamują zwykłe kobiety, używając plakatów i karty wyborczej.

Zrazu Australijczycy ruszali na wojnę jak na świąteczną paradę. Mimo wyśrubowanych kryteriów zdrowotnych ochotników było tak wielu, że już poprzednik Fishera zwiększył kontyngent z 12 tys. do 20 tys. żołnierzy, a do końca 1914 r. przyjęto 52 tys. wolontariuszy. Powodów do entuzjazmu było więcej niż jeden, bo i Australia chciała sobie wiele udowodnić.

Mimo konstytucji z 1901 r. suwerenność państwa była formalnie niedookreślona. Stąd wkład w wojnę światową dodawał peryferiom podmiotowości, politycznej powagi i światowego znaczenia. Ponadto rozbudowa sił zbrojnych pod pretekstem wojny wzmacniała wojskową niezależność od metropolii. Jednak bardziej niż jasności w sprawie podmiotowości Australijczykom brakło pewności, czy są już odrębnym narodem. Nie mieli swego mitu założycielskiego ani konstytuującej naród ofiary, choć sztandary uświęcone krwią i pomniki bohaterów były im niezbędne do wspólnotowych rytuałów. Nie przypadkiem świętem narodowym Australii jest rocznica początku bitwy o Gallipoli. Tymczasem większością ochotników wciąż powodowały związki uczuciowe ze starym krajem, chociaż najczęściej nigdy go nie widzieli.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Kosmiczna epopeja

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat