Miscellanea

Perły kinematografii

Wiolleta Kamińska

Pierwsza relacja dokumentalna, pierwszy filmowy gag, pierwsza komedia, pierwsza fabuła, pierwszy film z suspensem. Za sprawą dokumentu „Bracia Lumière” po ponad 120 latach ich filmy zmartwychwstają, znów budząc zachwyt i niedowierzanie

Trudno uwierzyć, że pierwsze filmowe produkcje były aż tak dojrzałe w swej artystycznej formie. Każdy kadr był przemyślany, niemal doskonały, choć twórcy mieli zaledwie 50 sekund, by opowiedzieć historię. Niespełna minuta, siedemnaście metrów taśmy i brak wizjera, a zatem brak możliwości kontroli tego, co się filmuje. Trzeba było robić to z pamięci. Nikt jeszcze wtedy nie wymyślił techniki montażu, więc wszystkie filmy składały się z jednego ujęcia. Mimo tak wielu ograniczeń powstały samodzielne, prawdziwe dzieła sztuki.

Nieodparcie nasuwa się pytanie, czy dziś, w dobie wysoko rozwiniętej techniki zdjęciowej, kiedy cyfrowe oko kamery dba o każdy szczegół, reżyser zadałby sobie tyle trudu, by uzyskać podobny efekt. Zapewne nie pozwoliłby mu na to pośpiech i mały budżet. Bracia Lumière nie musieli się tym martwić. Zamożność ich ojca pozwoliła im na twórczy rozwój, a niemal nieograniczone finanse na wielokrotne duble i zatrudnianie najzdolniejszych operatorów. Dlatego ujęcia do „Wyjścia robotników z fabryki”, uznawanego za pierwszy film w dziejach kinematografii, były powtarzane wiele razy i powstały aż trzy wersje filmu. Dziś trudno już dociec, która z nich jest tą absolutnie pierwszą. Na drobne różnice między nimi wskazuje Thierry Frémaux, twórca dokumentu „Bracia Lumière. Tak narodziło się kino”. Wbrew pozorom pytanie o wersję pierwotną ma sens. Nie kwestia czasu jest tu jednak najważniejsza, ale uświadomienie sobie, że podejmując tyle prób, bracia szukali najlepszego światła, rozmieszczenia poruszających się w kadrze ludzi i pojawiających się w nim elementów. Oznacza to, że ich film był reżyserowany, a zatem chodziło o artyzm i piękno. Można więc uznać, że rejestracja rzeczywistości za pomocą kinematografu od samego początku nie była tylko dokumentalnym zapisem, ale czymś znacznie więcej.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Wojna, której zabrakło

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat

Felietony

Paweł Łepkowski

Wojna, której zabrakło

FOTOPLASTYKON - „Dodek”, czyli warszawski cwaniak

Adolf Dymsza przed wojną należał do najjaśniejszych (i najzabawniejszych) gwiazd kina oraz scen kabaretowo-rewiowych II RP. Bezsprzecznie zasłużył na miano „króla polskiej komedii”, a to za sprawą wykreowanej przez siebie postaci „Dodka”, warszawskiego cwaniaka o smutnym spojrzeniu, na wzór Charliego Chaplina czy Bustera Keatona. Niezastąpiony był m.in. w „ABC miłości”, „Dodku na froncie” czy „Sportowcu mimo woli”. Ciekawy duet stworzył z Eugeniuszem Bodo w „Pawle i Gawle” oraz „Robercie i Bertrandzie”. Przed wybuchem wojny aktor uwielbiał jazdę samochodem, zimą „wyskakiwał” na narty, a latem chętnie grał w piłkę nożną. Mało kto wie, że Adolf Dymsza w czasie niemieckiej okupacji przez pół roku ukrywał w swym domu Mieczysława L. Kittaya, znanego iluzjonistę żydowskiego pochodzenia. Ale także wtedy aktor występował w tzw. jawnych teatrach, za co po wyzwoleniu sąd koleżeński ZASP ukarał go pięcioletnim zakazem grania na warszawskich scenach, co odcisnęło swe piętno na dalszych losach przedwojennego „króla polskiej komedii”. Więcej o życiu Adolfa Dymszy i jego zawodowych sukcesach czytaj na s. 84.