Felietony

Piraci – rewolucjoniści i wrogowie niewolnictwa

Paweł Łepkowski

 

Piraci wciąż rozpalają wyobraźnię. Świadczy o tym ogromna popularność filmów z serii „Piraci z Karaibów” czy takich seriali jak „Black Sails”. Ale co tak naprawdę pociąga nas w tych „morskich zbójach”? Ich poczucie wolności, brak norm moralnych, niechęć wobec wszelkiej władzy czy głód przygody? W rzeczywistości życie piratów z wód Morza Karaibskiego było tego wszystkiego pozbawione. Nie byli wcale wolnymi ludźmi, ale najczęściej poszukiwanymi listami gończymi, zdesperowanymi bankrutami, którzy z piractwem wiązali ostatnią nadzieję na poprawę swojego losu. Czy nie kierowali się normami moralnymi? Bynajmniej, obowiązywały ich ścisłe zasady obyczajowe. Większość opowieści o okrucieństwie i wyuzdaniu piratów było intencjonalnie wymyślanych przez ich przeciwników.

Bez wątpienia natomiast piraci nienawidzili monarchii, chociaż zawsze marzyli, aby któregoś dnia powrócić do normalnego społeczeństwa. Przykładem tego jest postawa słynnego pirackiego kapitana Williama Kidda, który do ostatnich chwil życia wierzył, że król odpuści mu winy.

Nawet jako banici i renegaci pragnęli życia w sformalizowanej organizacji społecznej. Dlatego tęskniąc do porządku państwowego, stworzyli na dwóch sąsiadujących ze sobą wyspach Providencia i Santa Catalina przystanie pirackie, które w pewnym momencie przeobraziły się nawet w samozwańczą republikę. Być może to właśnie ich wolny od tyranii królewskiej świat stał się inspiracją dla ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. W 1718 r., kiedy władze Karoliny Północnej wytoczyły proces złapanym u wybrzeży Ameryki Północnej „morskim zbójom”, ich sympatycy odbili przywódcę piratów z więzienia i wszczęli bunt przeciw legalnej władzy, pragnąc przejąć kontrolę nad Charleston. „Lud kroczy za szkodnikami ludzkości, kiedy żywi nadzieję, iż uszczknie choć odrobinę z ich przeklętego bogactwa” – narzekał w jednym z listów do przyjaciela gubernator stanu Wirginia Alexander Spotswood. Piraci byli więc jakby pierwszymi rewolucjonistami, którzy mieli wielu zwolenników wśród mieszkańców amerykańskich kolonii. Urzędnicy królewscy słali do Londynu raporty, w których podkreślali, że wśród kolonistów jest „wielu popleczników tego plugastwa”.

W większości przypadków piraci kierowali się wyłącznie chęcią zysku, ale niektórym przyświecały także motywy polityczne. Ich złota era rozpoczęła się niedługo po śmierci angielskiej królowej Anny. Jej bratu, Jakubowi z dynastii Stuartów, odmówiono należnej mu korony Anglii i Szkocji tylko dlatego, że był katolikiem. Na brytyjskim tronie zasiadł książę niemiecki, protestant Jerzy I, który rozpoczął panowanie dynastii hanowerskiej. W przeciwieństwie do lubianego przez lud Jakuba Stuarta nowy władca był wyniosłym Niemcem, nieszanującym angielskich i szkockich zwyczajów. Piraci, podobnie jak duża część społeczeństwa brytyjskiego, uznali osadzenie Niemca na tronie Albionu za pewną formę zdrady. Nękanie królewskiej floty znalazło nagle polityczne uzasadnienie. Piraci uważali, że rabują jedynie osobisty majątek króla, a nie statki należące do całego społeczeństwa brytyjskiego. Należy przy tym pamiętać, że wielu piratów zostało namaszczonych przez zwolenników dynastii Stuartów, wśród których był chociażby gubernator Jamajki Archibald Hamilton. I to on zaczął organizować flotę piracką jako zdolną do wsparcia ewentualnego powstania przeciw nowemu królowi z dynastii hanowerskiej. Flota piracka nie była więc jedynie przypadkową zbieraniną zdziczałych pijaków awanturujących się pod tawerną, ale skrupulatnie wyselekcjonowaną grupą bardzo zdolnych marynarzy. Dlatego w okresie swojej największej świetności ci zbuntowani ludzie morza odcięli imperia – Wielką Brytanię, Francję i Hiszpanię – od ich zamorskich kolonii i zaburzyli komunikację pomiędzy kontynentami.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Manipulacja historią

Przez 50 lat po wojnie byli czczeni jako jedyni walczący za wolność Polski. Berlingowcy. Potem nazywani kościuszkowcami. Zbieranina biednych, wygłodzonych ludzi.

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat

Felietony

Piotr Bożejewicz

Szwoleżerowie z antypodów

W 1917 r. wieści o końcu kawalerii wciąż zdawały się mocno przesadzone, lecz w dobie ciężkich karabinów maszynowych bezpowrotnie minęły czasy szarż spod Wiednia, Somosierry czy Waterloo

O sensie historii. Manifest konserwatysty

Kiedyś pociągali mnie barbarzyńcy niszczący przeszłość w imię przyszłości. Tak było, dopóki sam nie dotknąłem ruin świata, który utraciliśmy bezpowrotnie

Szwoleżerowie z antypodów

W 1917 r. wieści o końcu kawalerii wciąż zdawały się mocno przesadzone, lecz w dobie ciężkich karabinów maszynowych bezpowrotnie minęły czasy szarż spod Wiednia, Somosierry czy Waterloo

Humor

FOTOPLASTYKON - Pierwszy amant II RP

Aleksander Żabczyński był wyjątkowo przystojnym mężczyzną.Ale ten dar stał się piętnem – przedwojenni reżyserzy obsadzali go głównie w rolach kochliwych bon vivantów. Ówcześni krytycy filmowi nierzadko kręcili nosem na kolejne ekranowe występy Żabczyńskiego. Ale publiczność, zwłaszcza jej piękniejsza część, takich kreacji od aktora oczekiwała. „Pod Żabczyńskiego” pisan więc scenariusze i piosenki. Do dziś przetrwały przeboje z filmów: „Ada! To nie wypada!” (1936 r., „Nie kochać w taką noc”), „Jadzia” (1936 r., „Jak drogie są wspomnienia”), „Pani minister tańczy” (1937 r., „Na moje wady nie ma rady”), „Zapomniana melodia” (1938 r., „Już nie zapomnisz mnie”), a także piosenka ze ścieżki dźwiękowej do polskiej wersji „Królewn Śnieżki...” (1938 r.) – „Piosnkę znam tylko jedną”. Więcej o jego błyskotliwej karierze w II Rzeczypospolitej, żołnierski heroizmie w czasie II wojny światowej oraz powojennych występach w warszawskich teatrach czytaj na s. 84.